księga gości


2009
lipiec
2008
wrzesień
sierpień
lipiec




The road outside my house is paved with good intentions
Hired a construction crew, 'cause it's hell on the engine
You are the dreamer, and we are the dream
I could write it better than you ever felt it...



2009-07-19 19:29:53
[5] fourth story.
   Zaimponowałam sobie właśnie - pamiętaniem hasła używanego 10 miesięcy temu bez mała, w dodatku nie tego, co używane jest wszędzie gdzie tylko się da wbrew informatycznym regułom bezpieczeństwa. Nudzi mi się. Tym razem już po dwóch tygodniach odstępu od sesji - to aż dziwne, jak szybko człowiek jest w stanie z dzikiego wyczerpania umysłowego i nadmiaru informacji czy wrażeń osunąć się najpierw w błogi spokój, a potem zacząć się nudzić. Gdzieś czytałam teorię, że to zabezpieczenie, by nasz mózg nie pogrążył się w marazmie i wciąż się rozwijał, zdobywał doświadczenia, takie tam, a nie przeżuwał pod płotem. Mniej lub bardziej metaforycznie.
   Zapominam o wciskaniu Shiftu, jakbym oczekiwała, że nokijny T9 mi poprawi duże litery. Za dużo smsów.
   A wszystko przez to że serwer z aktualnym odcinkiem House'a domaga się godziny przerwy po godzinie oglądania. Niby są jeszcze te chińskie, ale mają napisy, a ja chcę po prostu pogapić się na tę skwaszoną zarośniętą twarzyczkę Grega bez dowiadywania się że chińskie "nie" pisze się japońskim "fu", jak w "nieznany", "okej" za pomącą 'suki" i "teki" lub samym "suki", a "toczeń"... Mniejsza zresztą. Jeszcze 17 minut.
   Chciałabym mieć coś do przekazania hipotetycznej ludzkości po drugiej stronie monitora, ale chyba potrzebuję tylko upuszczenia powietrza, zajęcia umysłu i demonstracji ze ten mały skrawek sieci wciąż jest mój. I po spotkaniu autorskim Pilipiuka chce mi się popisać, choćby poklepać w klawisze. Ale wiem, że skończy się jak zwykle.
   Patrząc na jasną stronę życia z kolei, nie dowiedziałabym się z opisu debaty, że dziś jest dzień Czerwonego Kapturka. I z czym rymuje się login. Życie jest pełne niespodzianekl
Oh well.
skomentuj (0)

2008-09-23 20:52:04
[4.]
There was a point to this story, but it has temporarily escaped the cronicler's mind.

Ale przynajmniej mogłoby już nie padać przez chwilę. Cały weekend próbowałam się pozbyć przeziębienia mniej lub bardziej domowymi sposobami, i kicha. Znaczy,właściwie to kicha, katarzy się i generalnie większość czasu spędza najchętniej pod kocem. Momentalnie przestawił mi się rytm dnia z wstawania o piątej rano do zasypania koło drugiej czy trzeciej, i wypełzania na światło dzienne koło południa. Przejście z jasnego, słonecznego dnia do szarego nieba rozstroiło mi chyba troszkę system, ale przynajmniej było jak w spokoju zrobić sobie powtórkę z Autostopem przez Galaktykę. Krążą słuchy że Eoin Coifer, ten od Artemisa Fowla, ma zamiar wziąć się za kontynuację. Pomijając już pewne wątpliwości, czy ów pan podoła narracji tak jak Adams, to w ostatniej książce, w zakończeniu -  Ziemia została doszczętnie zniszczona, razem ze wszystkimi bohaterami na pokładzie. We wszelkich możliwych wymiarach. Ciekawe jak da się do tego dopisywać ciąg dalszy. Frustrujące.

skomentuj (4)

2008-08-09 21:03:33
[3.] okołostołecznie
   Teoretycznie wbrew zdrowemu rozsądkowi, bo wszak brudna, szara, zakorkowane, betonowe centrum i generalnie bez polotu, tylko mnóstwo przesuwającej się komunikacji publicznej w miejskiej przestrzeni upstrzonej galeriami handlowymi - jak niesmaczne ciasto z sztucznie słodkimi rodzynkami. A ja lubię Warszawę. 
   Pod warunkiem, że zejdzie się ze szlaku turystycznego tudzież kwadratu dookoła Pałacu. Polecam na przykład ulicę Kubusia Puchatka, dokładnie naprzeciwko Ministerstwa Finansów. Albo przejazd na Karowej z syreną na wiadukcie. Albo piwnice Paradoksu [w prawo od Sejmu...], albo lemury w stołecznym zoo. Udało się ponadto odkryć, gdzie jest uniwersytecka sala judoków, i że nawet do dojo aikidoków jest prosta droga tramwajem... Owocna wizyta, generalnie, choć wyjątkowo nieprzespana, z przyczyn niezależnych.
   Z drugiej strony, sieć komunikacji miejskiej wymaga zdecydowanie wyższego stopnia wtajemniczenia niż mój obecny. Winę zrzucać można na późny już wieczór czy stan umysłu, ale udało mi się radośnie pomylić przystanki; wsiadłam we właściwą linię, ale ze złej strony i zamiast pojechać w stronę Woli, wylądowałam na Placu Konstytucji. Dobrze, ze nie na samym Mokotowie, phew... Przynajmniej brat obśmiał się jak fretka, gdy się dowiedział xD
   Dziś dla odmiany - głęboka wieś, jeszcze bardziej dziki Wschód, nad samą granicą. A w poniedziałek mkniemy dalej, hopsasa, słuchając Fall Out Boy [fascynacja ostatniego dwóchtygodnia] . Od nich też cytat na górze.   

skomentuj (2)

2008-07-31 17:57:54
[2.]
   Jakoś mam ostatnio wrażenie, że "lepiej" oznacza "gdzie indziej". Dobrze w stolicy, jeszcze fajniej z Sunnivą w Kamieniu, trudno złapac autobus, by wyjechac z Białej Podlaskiej, a na wsi to w ogóle pięc lat mi ubywa i hasam jak koza [przynajmniej dopóki nie uda mi się wpaśc w pokrzywy]. Tylko w domu nie idzie znaleźc sobie miejsca.    Nareszcie za to udało się odespac chroniczne wręcz zmęczenie z roku szkolnego. Cykl życia maturzystki odszedł w niepamięc, niech żyje spanie do dwunastej! Choc tak wlaściwie dwunasta to już ostateczne burżujstwo, zwykle wystarczy dziesiąta. Ale jak szalec to szalec, o.
   Brzmi to tak, jakbym będąc w domu słodko się obijała? Dobrze by było. Hitem tygodnia jest jak nie zbieranie, to mycie i kiszenie - ogórków. Brakuje mi jednak aiki, a paskudnie nie umiem się zmobilizowac sama do wysiłku, co mnie chyba trochę dyskwalifikuje... Nawet głupie bieganie onegdaj szło dużo lepiej z bratem, na ten przykład [machamy do brata na obozie koszykarskim, niech mu się tam dobrze rzuca]. W dojo pono - kanikuła. Co się w sumie dziwic, przy tych temperaturach... ale w ten sposób moją główną aktywnością fizyczną pozostanie zbieranie ogórków.
   Za to jutro Lublin ze Słońcem Indii. Fufufu ;3

skomentuj (2)

2008-07-28 15:56:32
[1.] dzień dobry wszystkim.
   Założenie bloga - tyle co stukania w klawiaturę. Wybranie szablonu - parę minut przebierania. Utknąc już przy wymyślaniu tematu pierwszej notki - bezcenne...
    Wrażenie trochę takie, jakbym w ciągu dwóch miesięcy od matury zapomniała, jak się składa zdania ["podmiot - orzeczenie - dopelnienie - powtórz aż do osiągnięcia satysfakcji..."]. Ogólnie czuję się nieco zawieszona po ostatnim maglu maturalno-rekrutacyjno-remontowym, jedyny wysiłek intelektualny na jaki mnie stac to radosne haftowanie kanwy. Albo Simsy. Nic nie muszę robic, nic, nic, nic. Kocham wakacje, ale kolejne dwa miesiace rozmnażania pikseli w oczekiwaniu na kolejny wyjazd to już przesada.
    Więc jest blog, żebym zaczęła już tak trochę myśleć. Nazwę zdobył dzięki Sunnivie [unconditonal positive regard i w Twoją stronę też ;)]. Znaczy to pono "bójka" po czesku. Pono, bo samego języka nie znam osobiście, ale brzmienie urzekło mnie absolutnie.
    Jest dobrze, jest bardzo dobrze. Spokojnie, cicho, ciepło. Wystarczy wyciągnąc dłonie, a jest ktoś obok. Stąd słowa na górze. Dla mniej lub bardziej zainteresowanych, wzięte z "Velvet Underground",  Weiss Kreuzów.
    Tyle na  początek, tymczasowo się odmeldowuję ;)


skomentuj (1)


Dashboard

Aniki Hazel Irma
Negatywka Sunniva
Bash JoeMonster
Deviantart
Last.fm
Facebook Grono N-K